Fantastyka - Wydanie Specjalne, Uczta Wyobraźni

Data wydania: 19 października 2009
ISSN: 1731-1734
Oprawa: miękka
Liczba stron: 80
Cena: 8,90 zł
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski, Grzegorz Komerski, Anna Reszka




Opis:

K. J. Bishop - "Sztuka umierania"

Mona jednak nie umarła. Sprawiała wrażenie zawstydzonej tym faktem. Po kilku dniach znowu zaczęła przyjmować lekarstwa, ogłaszając wszem wobec, że znudziła się umieraniem. Prywatnie przyznała się Vali, że wrócił jej entuzjazm do życia.

- Dlaczego zmieniłaś zdanie? - zapytała Vali pewnego ranka, gdy siedziały same w łóżku. Stojący na parapecie wazon ze szklanymi tulipanami lśnił wspaniale w promieniach porannego słońca, pokrywając dywan i pościel płatkami wielobarwnego światła.

Mona przeciągnęła się, napawając łagodnym blaskiem słońca i dotykiem płóciennej pościeli. Choroba ustępowała powoli, ale zauważalnie. Bohaterka uznała, że warto było przeżyć tę całą przygodę z uwagi na radości płynące z rekonwalescencji - owe drobne, niemal żałosne przyjemności, jakie zawdzięczała obudzonym na nowo zmysłom. Herbata z mlekiem i rosół z kury, niewinne zapachy chleba i mydła, codzienne odgłosy dobiegające z ulicy na dole - wszystko to łączyło się w wielką rzekę wspaniałych zmysłowych doznań wiążących się z powrotem do zdrowia.

Zastanowiła się nad zadanym przez Vali pytaniem. Najprostsza odpowiedź brzmiałaby tak, że spojrzała w noc rozciągającą się za krawędzią Płaskowyżu Teleute i się jej przestraszyła. Dochodziła jeszcze śmierć chłopaka, jakby ta chwila domagała się czyjegoś życia i otrzymała je.

- Doszłam do wniosku, że Śmierć nie jest kochankiem zasługującym na uwagę - odpowiedziała po pewnym czasie. Zapragnęła jednak dodać coś jeszcze, jako że Vali była zbyt dumna, by prosić o dalsze szczegóły wzrokiem czy choćby milczeniem. - Czasami nierozsądny liść dryfuje na wietrze tak długo, aż wreszcie zobaczy miłość zbliżającą się, by go podnieść.

Charles Stross - "Nierównowaga sił"

Ludzie nie są pożyteczni. Przyszłość należy do zbiorowych inteligencji, do obdarzonych wspólnym umysłem rojów. Nawet te pierwotne pseudotermity wkładają w rozwój więcej niż naczelne. A Gregor, nawet ze swoimi potworniakami i niedostateczną liczbą kończyn, wniósł wkład o wiele większy niż inni. Kultura, która wysłała tu jego i milion innych antropomorficznych agentów, rozumie to doskonale: będzie nagrodzony i rozpowszechniony, jego genom i zestaw memów zostanie przez kolektyw zachowany i pomoże w dalszej systematycznej eliminacji kolejnych wybuchów ludzkiej epidemii. Kolektyw jest już blisko zajęcia dziesiątej części dysku, a przynajmniej do oczyszczenia jej z konkurencyjnych form życia. Kiedyś w przyszłości podejmie rozmowy z sąsiadami z innych dysków i dołączy do procesu tworzenia rozproszonej świadomości, która stanie się prymitywnym zalążkiem ogromnej inteligencji wszechogarniającej całe niebo. I wtedy, wiedząc, z jakiego powodu został powołany do istnienia, nowy Bóg osiągnie poziom samoświadomości niedostępny jego poprzednikowi.

Gregor myśli o tym, że stanie się jednym ze wspomnień wspólnego umysłu - to coś, czego nie doświadczy żaden z ludzi, z wyjątkiem przekazów z drugiej ręki, przefiltrowanych przez jego eusocjalną wrażliwość.

A jest wrażliwy do tego stopnia, że nawet myśli o naczelnych. Czuje przy tym rozczarowanie. Owszem, przybył tu, by przyłożyć rękę do ich eksterminacji, ale nie zrobił tego z powodów osobistych, nie żywi do nich urazy. To raczej przypomina polewanie benzyną uciążliwego mrowiska, które wyrosło w miejscu, w którym nie powinno. Irytuje go ta konieczność.

Jeff VanderMeer - "Trzy dni w przygranicznym miasteczku"

Gdy przybywasz z pustyni do przygranicznego miasteczka, czujesz się jak pasemko dymu wzbijające się pod bezchmurne niebo. Jesteś tylko parą oczu i wyschniętym językiem. Ale nie możesz spłonąć, na swej drodze ku popiołom przeszłaś już przez płomienie. Nawet pot zbierający się między twoimi piersiami jest eteryczny, nierealny. Nawet cały błękit nieba nie byłby w stanie cię nawodnić. Nawet fatamorgany są bardziej konkretne.

Miasteczko na pograniczu, jak wiele innych przed nim, ukazało ci się pod koniec drugiego tygodnia na pustyni. Zaczęło się kropelką srebrzystego światła odbijającego się od ledwie wyobrażonego metalu, sugestią zakrzywionego blasku. Mogłaś je wziąć za fatamorganę i zignorować. Mogłaś je uznać za kolejną sztuczkę pustyni.

Ale napomniała cię Księga Miasta informacją zawartą w rozdziale "Inne miasta":
"Pograniczne miasteczka, będące nieświadomymi echami Miasta, często są skupione wokół metalowej kopuły. Taka kopuła może być widoczna, na długo zanim pojawi się reszta osiedla. Tego rodzaju konstrukcje często okazują się zwieńczeniami starożytnych budowli, od dawna zagrzebanych pod piaskiem". W miarę jak się zbliżasz, zamazany obraz kopuły nabiera ostrości. Jest wysoka, szeroka i uszkodzona. Wzniesiona w starym stylu, zgodnie z wymogami zapomnianej religii. Metal, z którego została wykonana, istniał już zanim nadciągnęła pustynia.

Wokół kopuły garbią się zbudowane z piachu i skały domy i inne typowe dla przygranicznych miasteczek budowle. Nie ma w nich nic szczególnego, są żółtobrązowe, z rzadka tylko wyższe niż trzy piętra. Gdzieniegdzie samotny, wychudły koń; kilka kur; grzebiące w ziemi, przypominające świnię stworzenie. Powyżej mewy - nie ma już morza, nad które mogłyby wrócić.

Każde pograniczne miasteczko coś ci dało: informację, ranę, talizman, błyskotkę. W jednym z nich kupiłaś pustą książkę, którą nazywasz teraz Księgą Miasta. W innym odkryłaś wiele z tego, co zostało w tej księdze napisane. Trzecie osiedle zabrało z twojego lewego uda podagrę. Czwarte umieściło ci w głowie pulsujący kamień. Gdy Miasto jest w pobliżu, kamień puchnie i czujesz niewygodę bólu zbyt odległego, by był przydatny.

Już od dawna tego bólu nie czułaś. Zaczynasz podejrzewać, że twoja misja jest beznadziejna.
O Mieście księga mówi ci to:
"Na świecie jest tylko jedno Miasto. Podróżuje przez Ziemię, będąc zarazem klątwą i obietnicą. Nikomu z nas nie uda się go zobaczyć inaczej niż jako ulotny, pochwycony kątem oka obraz, i tylko jeden jedyny raz. W tym życiu nikt nie ujrzy pełni tego, co boskie.

Powiada się, że miasteczka na pograniczu są duchami Miasta. Jeśli to prawda, to są widmami nikłymi i żałosnymi. Ci, którzy Miasto już widzieli, wiedzą, że nie ma sobie równego."
Dowiedziałaś się tego od kapłana obcej ci wiary, cytującego święty tekst swej własnej religii. Nie możesz jednak oddawać czci czemuś, co odebrało ci tak wiele.

Hal Duncan - "Ucieczka z piekła"

To jest piekło: ogień w żyłach zaćpanej dziwki; skóra płonie, swędzi od ukąszeń insektów, leje się z niej trujący pot, przesącza świat odorem ropy i sików; spazmy wymiotów; wygięte plecy i zbielałe kostki; połamane paznokcie drapiące ramiona, które ją trzymają; cierpienie bez godności; destrukcja tożsamości; sprowadzenie ciała i duszy do najprostszych potrzeb: jedzenia, snu, zaprzeczenia obu; wściekłe delirium bestii; krzyk zwierzęcia rodzącego samego siebie. Ogień, który wypala nawet głód, aż zostaje tylko cicha nicość, która otwiera oczy, drżąca i słaba, ale nowo narodzona.

To jest piekło: głosy w głowie menela; próby zatrzymania choćby skrawka siebie; wysiłki, żeby zapomnieć, zniszczyć siebie, zniknąć; obejmowanie dziewczyny, która myśli, że jest kobietą, bo jej ból jest wielki; potrzeba, żeby być potrzebnym; uspokajanie i brak ukojenia; bycie skałą, której inni mogą się uczepić; milczenie, kiedy drżą i pytają, kim jesteś; niemówienie o fałszywej nadziei białego światła i czekającej rodziny; bycie nikim.

To jest piekło: chodzenie po klatce; zimne równania konieczności, które się nie zgadzają; plany, które nie mogą się powieść; niemożliwości ucieczki rzucone w twarz przez cholernego smarkacza; ukrywanie się, kurwa, jak szczur z ćpunką, pijusem i pieprzonym dzieciakiem; tamci wszyscy jako bezwartościowy, bezużyteczny bagaż; ciągłe pytania ćpunki, czy jest stąd jakieś wyjście, i brak odpowiedzi; nowa determinacja w jej oczach; własne odbicie w pustym spojrzeniu świra, który mamrocze coś do swoich wewnętrznych demonów.
Tracenie kontroli nad sobą, kiedy ten durny dzieciak zadaje pytanie, a ty łapiesz go za gardło i mówisz, żeby sam znalazł pieprzone wyjście.

To jest piekło; słabość chłopca, który boi się jedynej nadziei ucieczki; patrzy na mordercę, potwora i widzi coś, czego potrzebuje, ale nie może tego zaakceptować; ciągnie go do siły, do grzechu; okłamywanie samego siebie, skąd to wszystko się bierze; budzisz pogardę; nienawidzisz własnych pragnień; a pragniesz, żeby zabójca cię zauważył, manipulujesz nim, żeby w zamian otrzymać nienawiść jako więź.

W końcu stoisz z pistoletem w ręce, zmiatasz strzałem puszkę z brzegu peronu i odwracasz się, żeby spojrzeć na niego, nadęty fałszywą dumą i przekonaniem o własnej użyteczności.
- Pochodzę z Wyoming. Myślisz, że nie umiem strzelać?
I w jego pogardzie dostrzegasz trochę niechętnego szacunku.
To jest piekło, jego płomienie są tyglem dusz.